niedziela, 28 lutego 2016

Rozdział 1: Baza wojskowa



Celem ludzkości jest powrót do normalności. Wciąż poszukiwane jest lekarstwo.
Chcę wrócić do normalnego życia. Jestem zwykłą dziewczyną która lubi oglądać filmy, czytać książki i spotykać się ze znajomymi. Tymczasem siedzę na kanapie i słucham radia w którym lecą komunikaty o zagrożeniu albo pocieszające piosenki… Kto w ogóle siedzi w tej wieży radiowej?
Jak zwykle martwię się czy tata wróci do domu ze swojego dyżuru na mieście. Jest wojskowym. Akurat dzisiaj wypada jego zmiana i patroluje miasto.

Społeczeństwo podzielone zostało na kilka grup mianowicie: „Śmiertelnicy” czyli zwykli bezbronni ludzie, w tym ja i moja mama, „Wojskowi” pilnujący porządku m.in. mój tata, „Nieustraszeni” czyli buntownicy działający na własną rękę, no i „Zarażeni” czyli bezlitosne mutanty.
Oto nasz świat.

Jestem przerażona. Rodzice pocieszają mnie, że w końcu wszystko wróci do normy, skończę studia, dostanę mieszkanie i będę mogła ułożyć życie jak tylko chcę. Ale ja widzę że sami nie są pewni tego co mówią.
Minął miesiąc. Miesiąc od rozpoczęcia epidemii, a dla mnie wciąż to wszystko jest obce. Wiem tylko z opowieści taty że stale trwają różne patrole po mieście, w celu zabijania zarażonych, oraz że codziennie pod każdy dom i blok podjeżdża ciężarówka z jedzeniem, ponieważ sklepy są pozamykane. Pod żadnym pozorem tata nie pozwala mi i mamie wychodzić z domu. Czuję się jak 10-latka, a nie 19-latka.
Nagle słyszymy trzaśnięcie drzwi. Tata wbiega do salonu i szybko chwyta za szufladę w szafce naprzeciw kanapy.
- Roger, co się dzieje? – pyta go mama.
- Uciekajcie na górę, szybko! – krzyczy. 
Mama chwyta mnie za rękę i ciągnie po schodach na górę. Słyszę tylko przeładowanie broni.
Wbiegamy na strych.
- Mamo co się dzieje? – Tym razem ja pytam.
- Nie wiem…
Słyszymy strzał dobiegający z dołu. Chwilę później krzyk taty. O nie….
- Idź na dach. – Rozkazuje mama.
- A ty?
- Ja muszę pomóc tacie.
- Idę z tobą.
- Rachel nie. Wyjdź na dach i nie wracaj dopóki wszystko się nie uciszy.
- Nie jestem dzieckiem, idę z tobą. – Oświadczam stanowczo.
- Nie pozwolę ci tam iść.
- Mamo…
Szybko wychodzi, już zbliżam się do niej ale zamyka mi drzwi od strychu przed nosem.
Nie wierzę… uderzam z całej siły ale są zbyt mocne i nie można ich otworzyć od mojej strony.
Szybko wychodzę wyjściem na dach. Muska mnie świeże powietrze. Wspinam się po szczeblach i płytkach na szczyt, a następnie odnajduję poddasze i zsuwam się po nim do naszego ogródka. Cieszę się że dom nie jest taki wysoki.
Zaglądam do środka przez okno… pusto. Pędzę do drzwi i wchodzę do środka.
Salon jest pusty. Słyszę hałas w pokoju gościnnym. Skradam się, podchodzę najbliżej jak się da. Kiedy nastaje cisza wkraczam do pokoju. Widzę rodziców stojących nad dwoma leżącymi na podłodze zarażonymi. Oddycham z ulgą że już po wszystkim.
-Rachel, nic ci nie jest? – pyta zaniepokojony tata.
-Nie, a wam?
Nie otrzymuję odpowiedzi tylko widzę jak rodzice posyłają sobie spojrzenia. Mama odciąga materiał bluzki z szyi… nie, błagam nie… moim oczom ukazuje się ugryzienie na jej ciele. Tata podciąga rękaw, na jego ramieniu widzę to samo.
- Skarbie… - Zaczyna mama.
Łapię się za głowę. To nie może się wydarzyć…
- Co teraz? – pytam zrozpaczona.
- Musimy odejść jak najszybciej zanim się przemienimy. Mamy kilka godzin.
- Nie zostawiajcie mnie, nie poradzę sobie bez was…
- Poradzisz. Wierzymy w ciebie i pamiętaj, kochamy cię najmocniej na świecie, jesteś dla nas wszystkim. – oznajmia mama.
- Nie róbcie mi tego...
- Rachel… Nam również jest ciężko, nawet nie wiesz jak bardzo, ale nie chcemy cię skrzywdzić.
- Co mam robić?
- Po prostu przeżyj. Uważaj na siebie, bądź silna i czujna. – prosi tata.
- Nie dam rady.
- Zrób to dla nas. Chcemy żebyś dożyła czasów w których wszystko wróci do normy.  – dodaje mama.
- Wątpię że mi się to uda.
- Niestety nie mam już żadnej broni, skończyły mi się naboje. Musisz poradzić sobie bez niej albo załatwić inną. – informuje tata.
- Nie możemy ryzykować szybszą przemianą, dlatego musimy uciekać. Żegnaj córeczko…
- Nie poddawaj się.
Nic nie odpowiadam.
Przytulamy się i wraz z łzami opuszczają mnie i dom. Zostaję sama.
Idę do mojego pokoju, zsuwam się po ścianie, siadam na podłodze, chowam twarz w dłoniach i zaczynam płakać. Jestem sama...

~*~
Mija kilka godzin, siedzę w tym samym miejscu i odpoczywam od płaczu. Straciłam rodziców, i to w jaki sposób. Czy może być coś gorszego?
Wiem jedno, nie mogę tu tak siedzieć. Oni nie chcieliby żebym totalnie się załamała.
Mam do wyboru dwie opcje… Zostać tutaj i spróbować samej przetrwać albo znaleźć kogoś znajomego z kim będę mogła zawalczyć o przetrwanie.
Chyba spróbuję drugiej opcji. Tutaj nie mam broni, ani środków do życia. 
Tylko do kogo mogę iść? Chloe! Moja przyjaciółka. Nie widziałyśmy się przez ten miesiąc ale kilka razy rozmawiałyśmy przez telefon, teraz linie już nie działają, operatorzy uciekli z miejsc pracy, więc też urwał się nam kontakt.
Ale jak dotrę do jej domu? To kilka ulic stąd. Spory kawałek drogi.
Muszę spróbować…
Wstaję i idę do drzwi wejściowych. Na pewno chcę to zrobić?
Tak.
Wychodzę na podwórko a następnie za bramę, ostatni raz patrzę na nasz dom. Ścieram łzę i wkraczam na ulicę. Wita mnie głośny wybuch. Używają nawet bomb? Szanse że przeżyję są minimalne.

Jak dawno tu nie byłam… Wszystko jest takie znajome a zarazem obce. Pełen życia Boston stał się teraz opustoszałym miastem. Ruszam chodnikiem, jak normalny człowiek. Mimo że drżę ze strachu idę przed siebie.

~*~
Mijam już kilka ulic, cisza, niepokojąca cisza. Przy bramie oddalonej ode mnie o kilka metrów stoi bodajże wojskowy. Podchodzę bliżej, jestem koło niego, jeszcze mnie nie zauważył. Przechodzę obok.
- Hej! – Słyszę nagle. Odwracam się, to ten gość. Szybko podbiega do mnie, łapie za nadgarstki i zaciąga je do tyłu na moje plecy kompletnie mnie unieruchamiając.
- O co chodzi, może mnie pan puścić?! – Próbuję się wyrwać. Szybko sprawdza moje ciało. – Nie jestem zarażona!
Wyciąga jakiś komunikator.
- Mam dziewczynę przy Blackstone Street. – mówi do niego.
Chyba otrzymał odpowiedź.
– Rozumiem. – oznajmia i chowa urządzenie. – Pójdzie pani ze mną. – informuje i ciągnie mnie za sobą w przeciwną stronę niż miałam iść. Nie odzywam się, bo wiem że to nic nie da.
~*~
I tak oto docieramy do bazy wojskowej. Zostaję zabrana do jakiejś celi w której jest już kilka osób.
- Mogę widzieć za co zostałam zamknięta? – pytam żołnierza stojącego po drugiej stronie, lecz nie otrzymuję odpowiedzi.
- Nie przestrzegałaś zasad. Utrudniasz im pracę. – odpowiada chłopak, który teraz jest moim „kolegą z celi”.
Wyszłam na miasto w poszukiwaniu pomocy, a zabrali mnie do więzienia, nie takiego ratunku oczekiwałam.
- Kiedy nas wypuszczą?
- Tego nie wiem.
Siadam zrezygnowana na podłodze.

~*~
Spędzam tu noc. Nie polecam więziennej podłogi do spania. 
Żołnierze przynoszą nam jedzenie. To jakaś zupa z warzywami. Dziwnie wygląda więc wolę tego nie jeść.
Po południu (dobrze że jest tu działający zegarek) otwierają cele i zabierają nas gdzieś.
Będąc na zewnątrz mam ochotę uciec, ale raczej nie udałoby mi się to. Poczekam na bardziej odpowiedni moment.
Jest tu mnóstwo innych ludzi. Prowadzą nas do ogromnych wozów. O co tu chodzi?
Zaczynam się jeszcze bardziej bać.
- Gdzie nas zabieracie? – pytam żołnierza stojącego przy wozie do którego mam wsiąść.
- Do obozu szkolącego wojsko.
- Czemu tam?
- Potrzebujemy nowych ludzi, wy powinniście się nadać. – odpowiada obojętnie.
Nie, nie i nie. Nie chcę zostać się jednym z nich. Mój ojciec nim był ale ja nie zamierzam.
Wsiadam do pojazdu i ruszamy. 
Myśl Rachel, myśl…

~~~~~~~~~~~~
Witam cześć i czołem!
Muszę przyznać, że ten rozdział jest trochę nudny, ale musiałam zrobić wprowadzenie. Mam nadzieję że mimo to się podoba.
W kolejnym będzie więcej ciekawszych rzeczy oraz nowe postacie ^^
Dzisiaj się spieszę, więc będzie krótka notka.
Czekam na opinie! ♥ Śmiało komentujcie ;)
Pozdrawiam,
God's Daughter

3 komentarze:

  1. Pierwsza sprawa - jest dobrą i kochaną komciającą, która raczej jest na bieżąco i komcia większość postów (tych z rozdziałami, raczej nie ma co oczekiwać mnie pod notką informacyjną) - jest jedno ale. Ty masz blogaska i jest ważny - ja też mam blogaska, który jest ważny. Chwytasz analogię, c'nie? (nie, nie komć za komć - rozwinięta opinia. Jak dodasz siedem postów w miesiącu - ja wszystkie siedem skomentuję w miarę rozsądnym czasie i dosyć długo, nawet jeśli ja dodam jeden). Ale nie tylko o to - po prostu chcę być traktowana jak osoba, nie jak komeć - napisz do mnie, odpowiedz na komcia, skomciaj u mnie... No nie rób ze mnie statystyki, wtedy współpraca ze mną jest radosna.
    Druga sprawa - przechodzę do komcia właściwego, bo się zaczęłam rozwodzić.

    1. Uwielbiam wszelkie katastroficzne, wszelkie apokaliptyczne, post-apo, zombiaki, wojna - moje klimaty, jednym słowem. Dobra, nie Huxley, Huxleya nie lubię. Ale ogólnie trafiłaś w mój gust.
    2. O tak, czuję tę ironię w pierwszym akapicie ^^ Mi się podoba, ogólnie paradoksy są spoko. Cała ta narracja na początku bardzo mi się podobała, potem mniej, ale to za chwilę. Lubię tak luźny styl, lubię taką formę, lubię to, że bohaterka używa w opisie 'co lubię robić', a nie 'jak piękna i idealna jestem'. Nie rób tego. Jest w ten kretyński sposób zbuntowana, ale pewnie jej przejdzie. Na ogół przechodzi.
    3. Jak na świat apokaliptyczny to są tam naprawdę niezłe warunki - są studia [lol? W jaki sposób? Chyba że przez radio, to miałoby jakiś naciągany sens, chociaż dalej wymaga uzasadnienia), własne mieszkanie (co się stało z ludźmi w hotelach, przejezdnymi, bezdomnymi?!), układanie sobie życia, zasoby są, woda i prąd są... Dobra, zaczynam negować pomysł, bo czytam same hardkory typu 'NIC TU NIE MA, WSZYSCY ZGINIECIE I MÓZG WAM SIĘ ROZWALI NA ŚCIANIE'.
    4. Uwielbiam dynamiczne opisy. Szybko, zwięźle, bez opisów, krótki dialog, szybka scena - bum - wystrzał - bum - ucieczka. Matka... Dobra, nie znam jej jako człowieka, może po prostu prędzej robiła niż myślała albo była szaleńczo zakochana... Tak czy siak - jest spoko.
    5. Gubisz przecinki, ale nie będę nich już wypisywać.
    6. Ta rozmowa po ugryzieniu wydaje mi się dla odmiany strasznie sztuczna. Może z tytułu, że ja od razu widzę widowiskowe samobójstwa, konflikt tragiczny, odcinanie rąk nożyczkami, płacz, galopujące wirusy i w ogóle im więcej krwi i łez tym lepiej. Ze mną jest coś nie tak, prawda? ;.;
    7. Dalej robi się dziwniej - niby jest poprawnie, ale załamuje mnie fakt, że mają radio, nie mają nadajnika (dobra, to jeszcze umiem przetrawić), ale laska zamiast lecieć do KOGOKOLWIEK [ja wiem, tak się nie wydaje, ale ludzie są przekupni, zwłaszcza w takich warunkach - ma jedzenie, baterie, pewnie jakąś broń (musi mieć w domu coś do walki wręcz, choćby i patelnię!) - sąsiedzi zapraszają do sojuszu z pocałowaniem ręki.
    8. Mam nadzieję, że kreacja bohaterki na nieprzystosowaną, zbuntowaną na wszystko ciotę jest świadoma. Jest kryzys, nie ma upraw ani hodowli, zaraz będzie kryzys ekonomiczny i spożywczy, ktoś oferuje ci jedzenie, a ty nie jesz go, bo DZIWNIE WYGLĄDA? W sumie podejrzewam, że jest to jakiś wodnisty przecier z ziemniakami i mięchem, bo kaloryczne i odżywcze, co smakuje obrzydliwie, ale... Chyba, że faktycznie dali im zupę brukwiową - to wygląda tak samo źle jak smakuje, dziękuję bardzo.

    And yup - to tyle na temat. Opko mi się podoba, bo zombie ;) Będzie tylko lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę późno, ale jestem.
    Mam jeszcze jeden rozdział do przeczytania, więc nie będę się rozpisywać (w sumie nigdy tego nie robię, ale pomińmy ten fakt xd)
    Dziwi mnie jedna rzecz.
    Nie mogą do siebie dzwonić, bo ludzie pouciekali z miejsc pracy, ale co z radiem? Stamtąd nie uciekli? Ustawili jakieś stare nagrania, żeby odtwarzali?
    Na jej miejscu jadłabym. Niby mogą mnie otruć, ale z drugiej strony jest epidemia, nie powinno się wybrzydzać.
    Lecę czytać dalej
    avia
    xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Uuuu nieźle się zapowiada! Po obejrzeniu filmu "Piąta fala" miałam chrapkę na czytanie bloga w podobnej tematyce :D
    Liczę, że kolejne rozdziały spodobają mi się jeszcze bardziej :)

    OdpowiedzUsuń